Obudził mnie dziś telefon od mamy. Ze szpitala więc z założenia wybaczony, nie mówiąc o tym, że odebrałam go kilka minut po tym, jak budzik powinien był zadzwonić, a nie zadzwonił. Mama jednak, odkąd jest w szpitalu miewa zachcianki, akceptowalne, nie przegięte, ale jednak spełnienie ich w dniu, kiedy planowałam do niej nie jechać, wymagające ponad godziny krążenia po mieście i wzięcia ze sobą tragarza… nieco rozbiło mi dzień. Do tego doszły korki na mieście, brak produktu odpowiedniej marki w sklepie, kawa za cienka, myjnia samochodowa niezbyt dokładna. No i masz, sobota, piękna pogoda, a humor taki, że nic tylko się z kimś pokłócić, albo chociaż chodzić nadąsaną i czepiać się o wszystko.
Wróciłam do domu właśnie w takim nastroju i nawet pojawiło mi się w głowie kilka myśli o tym, co mi nie pasuje, co denerwuje, a co P. zrobił źle. Usiadłam sobie jednak, wyjrzałam za okno, zobaczyłam piękną pogodę (zostawiłam mamie bluzę, wracałam w krótkim rękawku i nie zmarzłam!), przypomniałam uśmiech mamy, która od kilku dni w znacznie lepszej formie i pomyślałam, że szkoda dnia. Uwagi wypowiedziałam więc tonem informacyjnym, P. się z nimi zgodził, po czym zaczęliśmy planować resztę weekendu. Z uśmiechem, przy pysznym obiedzie, dobrym winie i w świetnych nastrojach. Wieczorem więc urodziny koleżanki, na których pojawi się mnóstwo znajomych, jutro wysypianie się do 10 (a co!), a potem jakiś wypad za miasto. Skoro już jest tak piękna pogoda, to aż szkoda byłoby z niej nie skorzystać. Może wezmę, zakurzony już, aparat ze sobą? Zdecydowanie wolę siebie taką właśnie. Pewnie też nie tylko ja. :)