Choć zawsze lubiłam jeździć, to prawo jazdy zrobiłam dość późno. Miałam bodaj 24 lata. Wiązało się to ze stresem na egzaminie praktyczny, który powtarzałam ładnych kilka razy. Za to pierwszy raz wsiadłam za kierownicę legalnie w dniu odebrania dokumentu (samochód został mi użyczony przez matkę, a to coś znaczy!) i tak już zostało. Pierwszy samochód ktoś zapakował mi na lawetę i wywiózł, nie pytając mnie o zdanie, drugi kupiłam jak tylko dostałam pieniądze z ubezpieczenia (ciągnęło się to dość długo, ale to już inna opowieść), a chwilę po jego sprzedaniu zaczęłam używać samochodu mamy. Tak czy siak – jeździłam przez ten czas sporo, zawsze to lubiłam, dobrze się czułam i miejsce pasażera zdarzało mi się zajmować sporadycznie.
Wszystko zmieniło się w styczniu, ciężko bowiem prowadzić z nogą w gipsie, której dodatkowo nie można obciążać, a najlepiej trzymać ją do góry. Automatem nie dysponuję więc pozostało mi jedynie przesiąść się w prawo lub do tyłu. Nie czuję się w tych miejscach zbyt komfortowo, perspektywa jest inna, a z przyzwyczajenia i tak rozglądam się po okolicy. Kiedy więc zaczęłam nogę obciążać, zapytałam moją rehabilitantkę, co ze środkami transportu. I usłyszałam, że mogę sprawdzić.
Dziś popołudniu postanowiłam więc zejść na parking. Samochodu nie widziałam dwa miesiące, z zachwytem aż go obeszłam. Wsiadłam nieco niepewnie, znalazłam miejsce na kule, sprawdziłam co moja noga powie na sprzęgło. Powiedziała, że boli i że jego wciśnięcie wiąże się ze sporym wysiłkiem (sporo jeszcze zostało mięśni do odbudowania), ale nie sprzeciwiła się wystarczająco kategorycznie. Postanowiłam więc odpalić wehikuł i spróbować. Po kilku próbach akumulator zrobił mi tę uprzejmość, że załapał, a ja pomału ruszyłam. Dwa piętra garażu przejechałam ostrożnie, powoli wyjechałam na ulicę i oczywiście wpakowałam się w korek. Ale to drobiazg. Noga dała radę, a to oznacza, to oznacza, że odzyskałam fotel kierowcy! :)
Jeszcze nie w długie trasy, ani w większe korki, jeszcze ostrożnie i z wysiłkiem, ale, daję radę!
Nie sądziłam, że można się tak cieszyć z prowadzenia samochodu, ale to odzyskany kawałek codzienności. Normalności! Nie mówiąc o oszczędności na taksówkach. Jupi!
A na rehabilitacji miałam pierwszych pięć minut na rowerku stacjonarnym. Ten ruch również pierwszy od dawna i nieco niepewny, ale przynoszący mnóstwo frajdy. Teraz muszę tylko znaleźć kogoś znajomego kto ma w domu taki i go nie używa. Bo będę mogła, póki co po kilka – kilkanaście minut dziennie, ale zawsze to jakiś ruch! Szczególnie, że na takim prawdziwym to jednasz nieszybko pojeżdżę. Stacjonarny daje sporo większe szanse na uniknięcie upadku, a ewentualne podparcie się tą nogą byłoby raczej słabym pomysłem.
Tak więc, dzień dobrych wiadomości.