Od początku stycznia siedziałam w Warszawie, a przez przeważającą część czasu w domu. Uziemienie niemal całkowite po pierwszej operacji, nieco mniej drastyczne po drugiej, połączone z pracą z domu, w zasadzie na pełen etat, oraz wizytami u mamy w szpitalu, powodowały, że czasu ani możliwości do wyjścia było niewiele. Ostatnio zaczęłam wychodzić na miasto celem samodzielnego załatwienia jakichś rzeczy, pojawiły się jakieś wyjścia wieczorem, ale to nie wystarcza. Ja po prostu muszę wyjeżdżać, żeby utrzymać zdrowie psychiczne.
Policzyłam, że w zeszłym roku byłam na sześciu konwentach (w czasach największej aktywności fandomowej tak nie bywało!), kilku dłuższych i krótszych urlopach, a na weekendy wyjeżdżałam do innych miast. I wygląda na to, że inaczej nie potrafię, a przede wszystkim nie chcę, żyć.
W czwartek jednak wsiedliśmy z P. do samochodu naszych przyjaciół i pojechaliśmy do Poznania na konwent. Pyrkon, największa w kraju impreza tego typu, po raz pierwszy na terenie Targów, czyli przestrzeń wielka, konferencyjna i dość profesjonalna. 3500 osób (jak wynika z pierwszych wyliczeń), kilkanaście sal prelekcyjnych, spotkania od rana do nocy, mnóstwo znajomych, których nie widziałam długo lub jeszcze dłużej, miłe rozmowy przy kawie czy alkoholu, wieczorne wyjścia na miasto. To się nazywa życie! Tego mi było trzeba! Po powrocie nie byłam pewna, czy bardziej łapię doła, że już się skończyło, czy ładuje się energią zebraną przez weekend. Ale teraz już wiem, że naładowałam się bardzo mocno. Znów mam siłę do pracy, chęć nadgonienia zaległości, potrzebę działania, nawet sprzątnęłam nieco w domu i ugotowałam coś zgodnego z dietą! Czuję się wyrwana z marazmu i sama myśl o czwartkowym seminarium w Krakowie napawa mnie optymizmem.
Oczywiście, chodzenie o kulach sporo utrudnia, spowalnia, uniemożliwia wiele, a podróż pociągiem pewnie do rewelacyjnych należeć nie będzie, ale warto.
Z innej beczki: Leon chyba się poważnie stęsknił. Przespał ze mną w łóżku niemal całą noc, nie obudził wcześniej niż budzik (choć nie wiem, może próbował), dał się wygłaskać i nawet wyczesać nieco! No i mruczał dużo. Bardzo to przyjemne.