Kanały:
Wpisy
Komentarze

wow

Czeka mnie popołudniu ciężka rozmowa z szefową. Totalnie nie wiem jak zareaguje, ale wolę mieć to już za sobą i wiedzieć, na czym stoję. Biorąc pod uwagę jak cierpliwie na mnie czeka oraz to, że sama doszła do wniosku, że większość mojej pracy można robić z domu, jest szansa na dogadanie się, ale cholera wie.

Wygląda bowiem na to, że będziemy się z P. przeprowadzali do Poznania. On nie znalazł tutaj pracy, pieniądze na przeczekanie się kończą, z moim zdrowiem powinno być w końcu dobrze, choć tak na prawdę nie wiadomo, a w Poznaniu ja pracy będę musiała szukać, ale P. założy spółkę i będzie pracy miał dość.

Dobrze, że P. przeprowadził się rok temu do Warszawy, nawet jeśli teraz czeka nas kolejna przeprowadzka. Wtedy ja nie byłabym w stanie się przenieść. Trzymała mnie tutaj praca, codzienność, przyjaciele, ale to ma każdy, on też. Trzymała mnie jednak przede wszystkim mama, której nie byłabym w stanie zostawić. Szpitale, choroby, walki, potrzeba codziennej opieki, załatwiania, wożenia jej. Po prostu byłam jej potrzebna.
W niedzielę miną dwa miesiące od jej śmierci. Pusto, ciężko i brak jej, ale prawda jest taka, że trzyma mnie tutaj o wiele mniej. Owszem, jest ojciec, dziadkowie, są bracia, ale wszyscy jesteśmy dorośli, damy radę być nadal rodziną, mimo odległości. Nie jestem tutaj „niezbędna”. Więc mogę się przeprowadzić.

***

Rozmawiałam z szefową, która z powodu choroby poprosiła o przełożenie naszej rozmowy na poniedziałek. Zadzwoniła jednak drugi raz i zapytała „o czym chcę rozmawiać bo się denerwuje”. Powiedziałam jej więc mniej więcej o co chodzi  i usłyszałam „ufff, bo już się bałam, że chce pani od nas odejść, to o szczegółach porozmawiamy w poniedziałek”. Mieliście kiedyś takiego pracowdawcę? Czuję się traktowana bardzo, bardzo w porządku i chcę tam nadal pracować!

Dzień, w którym tąpnął świat.

Obudził mnie dziś telefon od mamy. Ze szpitala więc z założenia wybaczony, nie mówiąc o tym, że odebrałam go kilka minut po tym, jak budzik powinien był zadzwonić, a nie zadzwonił. Mama jednak, odkąd jest w szpitalu miewa zachcianki, akceptowalne, nie przegięte, ale jednak spełnienie ich w dniu, kiedy planowałam do niej nie jechać, wymagające ponad godziny krążenia po mieście i wzięcia ze sobą tragarza… nieco rozbiło mi dzień. Do tego doszły korki na mieście, brak produktu odpowiedniej marki w sklepie, kawa za cienka, myjnia samochodowa niezbyt dokładna. No i masz, sobota, piękna pogoda, a humor taki, że nic tylko się z kimś pokłócić, albo chociaż chodzić nadąsaną i czepiać się o wszystko.

Wróciłam do domu właśnie w takim nastroju i nawet pojawiło mi się w głowie kilka myśli o tym, co mi nie pasuje, co denerwuje, a co P. zrobił źle. Usiadłam sobie jednak, wyjrzałam za okno, zobaczyłam piękną pogodę (zostawiłam mamie bluzę, wracałam w krótkim rękawku i nie zmarzłam!), przypomniałam uśmiech mamy, która od kilku dni w znacznie lepszej formie i pomyślałam, że szkoda dnia. Uwagi wypowiedziałam więc tonem informacyjnym, P. się z nimi zgodził, po czym zaczęliśmy planować resztę weekendu. Z uśmiechem, przy pysznym obiedzie, dobrym winie i w świetnych nastrojach. Wieczorem więc urodziny koleżanki, na których pojawi się mnóstwo znajomych, jutro wysypianie się do 10 (a co!), a potem jakiś wypad za miasto. Skoro już jest tak piękna pogoda, to aż szkoda byłoby z niej nie skorzystać. Może wezmę, zakurzony już, aparat ze sobą? Zdecydowanie wolę siebie taką właśnie. Pewnie też nie tylko ja. :)

Choć zawsze lubiłam jeździć, to prawo jazdy zrobiłam dość późno. Miałam bodaj 24 lata. Wiązało się to ze stresem na egzaminie praktyczny, który powtarzałam ładnych kilka razy. Za to pierwszy raz wsiadłam za kierownicę legalnie w dniu odebrania dokumentu (samochód został mi użyczony przez matkę, a to coś znaczy!) i tak już zostało. Pierwszy samochód ktoś zapakował mi na lawetę i wywiózł, nie pytając mnie o zdanie, drugi kupiłam jak tylko dostałam pieniądze z ubezpieczenia (ciągnęło się to dość długo, ale to już inna opowieść), a chwilę po jego sprzedaniu zaczęłam używać samochodu mamy. Tak czy siak – jeździłam przez ten czas sporo, zawsze to lubiłam, dobrze się czułam i miejsce pasażera zdarzało mi się zajmować sporadycznie.

Wszystko zmieniło się w styczniu, ciężko bowiem prowadzić z nogą w gipsie, której dodatkowo nie można obciążać, a najlepiej trzymać ją do góry. Automatem nie dysponuję więc pozostało mi jedynie przesiąść się w prawo lub do tyłu. Nie czuję się w tych miejscach zbyt komfortowo, perspektywa jest inna, a z przyzwyczajenia i tak rozglądam się po okolicy. Kiedy więc zaczęłam nogę obciążać, zapytałam moją rehabilitantkę, co ze środkami transportu. I usłyszałam, że mogę sprawdzić.

Dziś popołudniu postanowiłam więc zejść na parking. Samochodu nie widziałam dwa miesiące, z zachwytem aż go obeszłam. Wsiadłam nieco niepewnie, znalazłam miejsce na kule, sprawdziłam co moja noga powie na sprzęgło. Powiedziała, że boli i że jego wciśnięcie wiąże się ze sporym wysiłkiem (sporo jeszcze zostało mięśni do odbudowania), ale nie sprzeciwiła się wystarczająco kategorycznie. Postanowiłam więc odpalić wehikuł i spróbować. Po kilku próbach akumulator zrobił mi tę uprzejmość, że załapał, a ja pomału ruszyłam. Dwa piętra garażu przejechałam ostrożnie, powoli wyjechałam na ulicę i oczywiście wpakowałam się w korek. Ale to drobiazg. Noga dała radę, a to oznacza, to oznacza, że odzyskałam fotel kierowcy! :)
Jeszcze nie w długie trasy, ani w większe korki, jeszcze ostrożnie i z wysiłkiem, ale, daję radę!

Nie sądziłam, że można się tak cieszyć z prowadzenia samochodu, ale to odzyskany kawałek codzienności. Normalności! Nie mówiąc o oszczędności na taksówkach. Jupi!

A na rehabilitacji miałam pierwszych pięć minut na rowerku stacjonarnym. Ten ruch również pierwszy od dawna i nieco niepewny, ale przynoszący mnóstwo frajdy. Teraz muszę tylko znaleźć kogoś znajomego kto ma w domu taki i go nie używa. Bo będę mogła, póki co po kilka – kilkanaście minut dziennie, ale zawsze to jakiś ruch! Szczególnie, że na takim prawdziwym to jednasz nieszybko pojeżdżę. Stacjonarny daje sporo większe szanse na uniknięcie upadku, a ewentualne podparcie się tą nogą byłoby raczej słabym pomysłem.

Tak więc, dzień dobrych wiadomości.

Od początku stycznia siedziałam w Warszawie, a przez przeważającą część czasu w domu. Uziemienie niemal całkowite po pierwszej operacji, nieco mniej drastyczne po drugiej, połączone z pracą z domu, w zasadzie na pełen etat, oraz wizytami u mamy w szpitalu, powodowały, że czasu ani możliwości do wyjścia było niewiele. Ostatnio zaczęłam wychodzić na miasto celem samodzielnego załatwienia jakichś rzeczy, pojawiły się jakieś wyjścia wieczorem, ale to nie wystarcza. Ja po prostu muszę wyjeżdżać, żeby utrzymać zdrowie psychiczne.

Policzyłam, że w zeszłym roku byłam na sześciu konwentach (w czasach największej aktywności fandomowej tak nie bywało!), kilku dłuższych i krótszych urlopach, a na weekendy wyjeżdżałam do innych miast. I wygląda na to, że inaczej nie potrafię, a przede wszystkim nie chcę, żyć.

W czwartek jednak wsiedliśmy z P. do samochodu naszych przyjaciół i pojechaliśmy do Poznania na konwent. Pyrkon, największa w kraju impreza tego typu, po raz pierwszy na terenie Targów, czyli przestrzeń wielka, konferencyjna i dość profesjonalna. 3500 osób (jak wynika z pierwszych wyliczeń), kilkanaście sal prelekcyjnych, spotkania od rana do nocy, mnóstwo znajomych, których nie widziałam długo lub jeszcze dłużej, miłe rozmowy przy kawie czy alkoholu, wieczorne wyjścia na miasto. To się nazywa życie! Tego mi było trzeba! Po powrocie nie byłam pewna, czy bardziej łapię doła, że już się skończyło, czy ładuje się energią zebraną przez weekend. Ale teraz już wiem, że naładowałam się bardzo mocno. Znów mam siłę do pracy, chęć nadgonienia zaległości, potrzebę działania, nawet sprzątnęłam nieco w domu i ugotowałam coś zgodnego z dietą! Czuję się wyrwana z marazmu i sama myśl o czwartkowym seminarium w Krakowie napawa mnie optymizmem.

Oczywiście, chodzenie o kulach sporo utrudnia, spowalnia, uniemożliwia wiele, a podróż pociągiem pewnie do rewelacyjnych należeć nie będzie, ale warto.

Z innej beczki: Leon chyba się poważnie stęsknił. Przespał ze mną w łóżku niemal całą noc, nie obudził wcześniej niż budzik (choć nie wiem, może próbował), dał się wygłaskać i nawet wyczesać nieco! No i mruczał dużo. Bardzo to przyjemne.

Dom

Kot, który wita mnie przy samym wejściu (jak na siebie wyjątkowo cicho), znany zapach i poczucie bycia na miejscu. W pierwszej chwili kilka niezbędnych, domowych czynności: rozpakowanie plecaka, wstawienie prania, nakarmienie bestii…

Po chwili rzut okiem po mieszkaniu, przejście powoli po pokojach i zdanie sobie sprawę, że to jest mój dom. Do którego chcę wracać, który lubię pielęgnować, w którym mieszkam z właściwą osobą. Może pora już byśmy powiesili obrazki na ścianach?

W ciągu ostatniego roku zmieniło się bardzo wiele. Mnóstwo w nim było trudnych i bardzo trudnych momentów, zwątpienia, bezsilności, nienadążania, a co gorsza, nie zapowiada się na jakąś specjalną poprawę. Ale jednocześnie mnóstwo było dobrych momentów, wspólnych wyjazdów, ciekawych ludzi, pozytywnych emocji, snucia planów. Wszystko to we dwoje, z mężczyzną, z którym chcę spędzić resztę życia. Który daje mi siłę, wspiera, kocha, który pod wieloma względami jest dla mnie wzorem, wzbudza podziw, przy jednoczesnej pewności, że jemu również jest ze mną dobrze. Czasami oczywiście również wkurza, rani i smuci, ale nigdy w sposób zostawiający trwały ślad. Sama sobie zazdroszczę. I nie mogę się doczekać momentu, za parę lat, kiedy będę spojrzeć wstecz i stwierdzić, że wszystko jest tak, jak być powinno.

Przeglądarka internetowa już nie pamięta adresu bloga, ja sama nie mam kiedy tu zajrzeć, o pisaniu nawet nie myślę. W pracy praca, po niej nauka (w końcu sesja startuje za trzy dni i to z bardzo grubej rury), każda wolna chwila weekendowa spędzana z P., pozaweekendowa dzielona na odpoczynek albo próby ogarniania rzeczywistości.

Pozmieniało się.
W głowie, w codzienności, w okolicznej rzeczywistości. Zawsze wiedząca co gdzie leży, zaczęłam gubić przedmioty (więcej straconych kolczyków w ciągu ostatniego roku niż przez resztę życia, utracone kurtki, książki, śpiwory. Po prostu zniknęły). Pedantyczna w wielu domowych czynnościach, zaczęłam krzywo wieszać pranie. Zapominam, nie nadążam, gubię pomysły. Za to bardziej cieszę się chwilą, lepiej wyrażam emocje, jestem bardziej zdecydowana i samoświadoma, mniej się asekuruję.
Szukam mieszkania, by zamienić noclegową dziurę we wspólne miejsce do przebywania razem i osobno, do wracania z radością, do bycia. Bezterminowo.

Jeszcze tydzień. Będę po najgorszych egzaminach, nauka do pozostałych będzie nieco prostsza. Jeszcze miesiąc. Wtedy zacznę wakacje, będę miała odrobinę czasu. Jeszcze dwa. Wtedy będzie wiadomo co i jak odnośnie zmian. Jeszcze trzy. Będziemy już może rozpakowani, przyzwyczajeni, a może jeszcze w ogniu parapetowych imprez. Nowy okres się już zacznie na dobre.

Ostatnimi czasy niespecjalnie udawało mi się robienie czegokolwiek wychodzącego poza kanon codziennych niezbędności. Już nie mówię o tak „nieistotnych” rzeczach jak pisanie bloga, czy sprzątanie mieszkania, ale raczej o odpoczywaniu czy przygotowywaniu się na zajęcia. (O odpoczywaniu, a raczej jego braku może innym razem). I owszem, kiedy miałam dwa tygodnie temu termin na poprowadzenie zajęć w ramach zaliczenia, to się zmusiłam przygotowałam (i nawet dobre opinie usłyszałam).  Ale poza tym – nic.

Notatki w zasadzie od zeszłego semestru rzucałam na jedną kupę, nie segregując, nie będąc nawet pewną co mam, a czego nie. Promotorowi albo się nie pokazywałam, albo tłumaczyłam, że pracuję (choć to nie prawda), ale nie piszę, bo nie mam kiedy. To z kolei prawda, ale co z tego. Nastał ten moment, kiedy odniosłam wrażenie, że moje piękne oczy jednak przestaną wystarczać, nie mówiąc o poczuciu winy i wstydu. Dołożyć do tego rozmowę z P. który użył technik, których znać absolutnie jeszcze nie powinien i mamy efekt. Postanowiłam się ogranąć.

W efekcie powstało pierwszych 6 stron mojej pracy magisterskiej, plan dalszych działań i akceptacja obu tych rzeczy przez promotora, który chyba również odetchnął z ulgą. Dodatkowo powstała kartka ze spisem wszystkich rzcezy, które muszę zrobić by ten semestr zaliczyć i plan, jak niby mam to zrobić. Poczułam ogromną ulgę. Wolę obawy czy się wyrobię i czy nie umrę z braku snu niż strach przed nieokreślonym i z założenia niemożliwym.

To jednak jeszcze nie znaczy, że mój mózg podziela moje zadowolenie.

Dzisiejszej nocy śniło mi się, że zaczęłam stawać się autystyczna. Mam niejasne przeczucie, że sen zaczął się od tego, że wypadł mi na ulicy portfel, a ja bezrefleksyjnie szłam dalej, mimo że to zauważyłam (tak było na prawdę). We śnie zaczęłam gubić coraz więcej rzeczy, a niedługo później, gubić się, w doskonale znanych mi miejscach. Przestawałam reagować na bodźce, a jednocześnie zauważać, że choć mówię, wydawało mi się, wyraźnie, to ludzie mnie nie rozumieją. Z czasem zaczęłam czuć coraz większą barierę między światem, a sobą i nawet dla mnie, moje własne próby komunikacji stawały się niezrozumiałe. Zupełnie, jakby język moich myśli przekładany był na nieznany nawet mi system dźwięków. Wszystko to działo się przy akompaniamencie coraz większego przerażenia, osamotnienia i poczuciu braku zrozumienia.

Obudziłam się z koszmarnie zapuchniętymi i zalepionymi oczami, ledwo dałam radę wstać.

Ale od czegoś trzeba zacząć, przynajmniej pamiętałam sen, co ostatnio niezbyt częste. No i znów chyba daję radę z uczelnią.

Projekt Warszawski leży na tej samej półeczce w moim mózgu, co miesiąc temu. Nadal mam ochotę go realizować, nadal też, nie mam kiedy. Naiwne myślenie, że po sesji będę miała wolny czas oczywiście nie wytrzymało konfrontacji z rzeczywistością. Obiektywnie robię dużo, robię też wszystko co najważniejsze. W tym tygodniu też pewnie rozstrzygnie się jedna czy dwie kwestie zdrowotne, które, jeśli na plus, to dadzą solidną dawkę ulgi i psychicznego luzu. Przeczekać więc.

A skoro ogarnianie samo nie przychodzi, to trzeba je sobie jakoś narzucić. Tak więc, w tym tygodniu ma powstać notka warszawska, ma też nastąpić wyraźny postęp w kwestii segregacji zalegających przedmiotów (ciuchów, komiksów itp.) i wypełniania zakupionych nań pojemników. Tak też się stanie.

W sobotę napisałam dwa egzaminy, w niedzielę ustaliłam z promotorem, co zrobić, żeby mieć wpis. Byłam przekonana, że najbardziej zajęty czas jest już za mną, że będę miała luźny tydzień, dokończę książkę, wymoczę się w wannie, wyśpię, napiszę o osiedlu Za żelazną bramą i zrobię całą masę innych rzeczy. No i tak, z tą całą masą się zgadza, z resztą już nie koniecznie.

Żeby zapłacić w końcu za mieszkanie (za styczeń) musiałam umówić się z właścicielką rano, o 7.00. Żeby zrobić zlecenie w terminie, musiałam ukraść czas etatowej pracy i zrobić je rano, po przyjściu. Jak w końcu wyjdę z pracy to pojadę w trzy kolejne miejsca, żeby się spotkać i pozałatwiać pewne rzeczy, które muszą być załatwione i znów obiad zjem jak tylko wrócę, czyli koło 21-22. A uczyć zacznę się koło 23.00, przy czym, ponieważ mimo usilnych starań, nie udało mi się dokupić dodatkowego czasu, to skończę nie o godzinie 25.00, tylko o 01.00 albo później, jeśli nie padnę.

Tak więc, jeśli ktoś może to załatwić, to proszę, niech będzie już czwartek. O tej samej porze.

Ps. Materiały do notek projektowych i pomysły na miejsca do opisania wciąż gromadzę i z czasem będą się pojawiały.

Starsze pozycje »

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.